Miałam przez chwilkę ochotę mieć te wpisy na własnej domenie, ale stweirdziła, ze jak tylko przestane płacic to one znikną. A nie chcę...
[1]
Pamięć ludzka jest bardzo zawodna a w moim życiu dzieje się wiele
krótkich, spontanicznych akcji, które chciałabym zachować w mojej marnie
pracującej pamięci na zawsze. Chodzi w większości o akcje wykonywane
przez dzieci. Są szybkie, szczere i rozbrajające. Poznając świat zadają
takie pytania od których dorosłym opada szczęka i dlatego są dla nas
takie szokujące i zabawne. Później dorastając wstydzą się opowieści
mamusi o swoich wpadkach dzieciństwa. Ale jak już wydorośleją
to chętnie same opowiadają innym co zmalowały. A ja chcę, żeby miały co
opowiadać.
[2]
3 i półletni Gabryś i półtoraroczna Luiza:
Pojechaliśmy we czwórkę rowerami na plac zabaw: ja z Luizą
na pokładzie (w foteliku) i dziadek Heniek z Gabrysiem za plecami.
Dzieci pobawiły się i czas wracać. Ups! Dziadek cyklista złapał gumę.
Jako,
że dom średnio blisko -ok. 2 km więc nie ma jak pojechać i wrócić
-załadował więc Gabryśka na fotelik a sam idzie obok prowadząc rower.
Dogoniłyśmy ich z Luizką i śmignęłyśmy obok, na co zareagował Gabryś:
Dziadek, a dlaczego my tak powoli jedziemy???
Dziadek musiał szybciej przebierać nogami

***
Gabryś 4 lata, Luiza 2
Dziad4k ma swoje ulubione miejsce przy stole w kuchni. Oczywiście
najlepsze, a jakże! Ostatnio zaczął się do niego bardzo przyzwyczajać
Gabryś:
Dziadek, to jest Twoje i MOJE miejsce.
Dziadek po raz pierwszy musiał ustąpić pierwszeństwa…
[3]
Wczoraj szaleliśmy z dzieciakami w Parku Skaryszewskim. Ogródek
Jordanowski zaliczony. Gabryś chętnie słuchał gdzie mama bawiła się jak
była mała i przychodziła z dziećmi z przedszkola do tego parku. Potem
zażądali gofrów. Ale gdzie tu gofry???
Pojechaliśmy na Francuską. Wszystkożerna Luiza wymieniła gofry na flytki
jak tylko dowiedziała się, że takowe tu sprzedają. Ale i na gofry
trafiliśmy. I to jakie! w Croq Madame -6 zeta za nazbyt przypieczone
małe serduszko gofrowe -mamma mia! -mai piu’! Luiza nie zjadła prawie
nic, Gabryś wciągnął całego. Luiza zasnęła w samochodzie więc poszła
spać bez kąpieli.
Rano pobudka -stwierdzam, że mam córkę brudaska, bo na kostce u nogi ma plamkę z błota pojordanowskiego. Zalecam kąpiel.
Nie! i ucieczka. Po raz 15 powtarzam, że idziemy umyć nogi.
Nie! Bo mnie będzie bojało! A skąd
taka konotacja to już nie wiem… Dziadek wściubił akurat nos przez drzwi
i po wysłuchaniu żali wnusi zaoordynował plasterek na plamkę z błota.
Przyjęte jednogłośnie przez aklamacje dwoma rączkami. Trzeba uważać co
sie proponuje takiej damie. Dziadek zadowolony z siebie i rozchichrany
poszedł do pracy a ja musiałam przyklejać plasterki -na szczęście nie
na błoto, które zostało umyte a na rękę, która tydzień temu została
ukłuta więc wciąż boli i boleć będzie pewnie jeszcze z dwa miesiące

***
Po przedszkolu zaliczyliśmy sklep z butami/kapciami do przedszkola.
Pięknie przymierzone i zakupione wielepar. Potem wyprawa po czapkę
ze Sfidermanem do Promenady. Efekt: kocie ciuszki dla Luizy,
sfajdermenowe czapka i skarpety dla Gabrysia. Matka u kresu
wytrzymałości nerwowej z powodu małej notorycznej uciekinierki
(porzucanie portfela przy kasie celem złapania awanturnicy to norma).
Mam nadzieję, że z tego wyrośnie i będzie tak się pięknie słuchała jak
Gabryś -jest idealny na zakupach. Obiecałam sobie i Luizie, że jej
więcej na zakupy nie zabiorę sama. Ciekawe ile wytrzymam…
***
Marzy mi się powrót po przedszkolu do domu. Tak po prostu.
[4]
Nie wiem czy to starość czy ja zawsze taka zakręcona byłam, a dopiero
ostatnio przyznaję się do bycia zakręconą, ale miewam ostatnio dziwne
przypadki. Zapominam. To głównie przez to. Obiecuję coś komuś zrobić,
odkładam słuchawkę, zaczynam robić coś innego. Człowiek dzwoni 2 dni
później i pyta o „naszą sprawę” a ja mam KOMPLETNĄ pustkę w głowię.
Dziura w mózgu. Często gęsto potem udaje mi się wygrzebać z pamięci
„sprawę” po kilku wskazówkach, niemniej jednak jest to niepokojące dla
mnie i przyprawia mnie o skoki ciśnienia.
Wale
numery. Wczoraj poszłam na zakupy. Zapakowałam dziatwę do wózka
sklepowego: Luiza na siedzisku dla dzieci do 17 kg, Gabrysiek jako
„pakowacz zakupów” do środka wózka. Mamy zadanie do wykonania: wymienić
kartę SIM na microSim. Jedziemy radośnie wózkiem, po pokonaniu wrogiej
wózkom sklepowym gumowej wycieraczki, upychamy się w małym sklepiku
T-mobile. Zagaduję dowcipnie do sprzedawców, wyciągam papierzyska
i pewna siebie czekam.
Ale Pani przyszła w złe miejsce. -Ale jak to?
Przecież na infolinii Pan mówił, że do jakiegokolwiek salonu?! -Tak,
ale to jest umowa z Plusa… Upsssss… Wielkie UPSSSSS. Wyciągam wózek po gumowej wycieraczce i jedziemy 2 sklepy dalej do Plusa….
Po udanej wymianie karty idziemy na zakupy. Hurrraaaa! Jest jarmark:
moja ulubiona przyprawa z pomidorów suszonych z czosnkiem
i przeprzepyszne oliwki na wagę. Jupppiiii! Ale nie jestem szuja. Wiem,
że inni też by chcieli. Dzwonię do Renaty. Nie odbiera… No a jakże! Jak
ma odebrać skoro kartę do jej telefonu mam właśnie w torbie…
Niedługo zacznę czytać mapy do góry nogami…
[5]
To fikcja. Przy małych dzieciach. Tak do 4 roku życia. Moja Mała
Córeczka (2 i 5 m-cy) jest naprawdę MOJA cały czas. Widocznie uznała,
że skoro ja ją prowadzam do łazienki na siusiu, to ona też musi
KONIECZNIE prowadzać mnie. To samo z prysznicem. Jak nie wykażę
czujności i nie zerwę się z łóżka przed nią to mam problem.
Ja ś Tobą idę. Bierze
jakąś książkę, siada na zamkniętym sedesie i przez 5 sek. zajęta jest
czytaniem. Ja w tym czasie dokonuję niemożliwego czyli myję się
dokładnie włącznie z włosami -oczywiście wliczając w to trzymanie kilka
minut odżywki na włosach. I to wszystko w 5 sekund! Matka to jest jednak
ROBOCOP. I uświadamiam sobie, że Tata tak nie ma. On sobie idzie
do łazienki kiedy chce i nikt mu nie wisi na klamce skamląc i jęcząc.
Dzisiaj czmychnęłam pod prysznic bez widowni to wiem co mówię. Wilk wył
pod drzwiami. Też szybko się uwinęłam, bo żal przecież dziecięcia… łzy
rzewne wylewa.
Słodkie to maleństwo, że tak świata poza mną nie widzi
[6]
Na stałe mieszkają z nami. Są wszędzie i wszystko potrafią. NIEMILI
STRAŻACY. Pomagają mojemu czteroipółlatkowi przeżyć rzeczywistość. Tu
kilka słów o Szefie Niemiłych Strażaków. Syn mój ma bardzo ciężki
charakter. Wymyśla sobie problemy typu: sam chcę wybrać, które skarpetki
założyć, ale jak dostaje cztery pary do wyboru to problem zmienia się
na „
jest ich za dużo i nie mogę wybrać!”. Wszystko to jest
otoczone fuczeniem i obrażaniem się i wcale nie jest słodkie. Problemów
takich jest codziennie bez liku. Żeby wymienić tylko poranne: guzik nie
chce się zapiąć w spodniach, ktoś chce umyć jego talerz ze Spidermanem.
Od razu wpada w złość grozi, wybiera sobie ofiarę i jej grozi, że uderzy
i „do więzienia” wysyła wszystkich. Mi już ręce opadają, bo
rzeczywiście uderza pięścią i mnie i siostrę i kto mu się napatoczy.
Koszmar.
Kiedy Mu zabraniam czegoś np. kupowania słodyczy to mówi:
a Niemili Strażacy kupują mi słodycze. I analogicznie
ze wszystkimi restrykcjami z mojej strony. To jest niewinne i słodkie
i wcale mi nie przeszkadza. Gdyby tylko stosował to cały czas zamiast
napadów złości…
Słowo Niemili Strażacy pada codzinnie z Jego ust z 50 razy dziennie.
Niemili Strażacy mają taki samochód, Niemili Strażacy oglądają bajki.
Tłoczno jest u nas w domu i samochodzie. Dobrze, że znamy Szefa
Niemiłych Strażaków (
powiem Niemiłym Strażakom, że Niunia to moja siostra i nie będą Jej bić)
[7]
Kupiłam krzaczek malin, posadziłam i pozwoliłam Luizie smyrknąć jedną
jedyna dojrzałą z krzaka. Od razu wyciągnęła spragnioną rączkę
po kolejną, która jednakowoż jest jeszcze blada i niedojrzała.
-Musimy poczekać aż dojrzeje- mówi mama. -
Chodź, idziemy do samochodu.
-
Ale ja chcę pocietać!
No i tyle. Czy mogłabyś malinko dojrzewać w przyspieszonym tempie?
[8]
Jedziemy samochodem, dzieci z tyłu konwersują. Dwuipółletnia Luiza podniecona krzyczy:
Altokal, altokal, altokal! (na widok autokaru oczywiście). Na to jej doświadczony starszy brat przewracając oczami:
Niunia. Nie mówi się „altokal” tylko AUTOKAL. Na co Luiza:
Psecies mówię ALTOKAL! e cosi via…. A ja pękam ze śmiechu. Szczególnie z tego profesorskiego tonu sepleniącego czteroipółlatka
[9]
Językowe potknięcia dzieci to coś pięknego, co trzeba zapisywać, bo
szybko ulega zmianie na poprawny język i nie jest już tak fajnie

Po zakupie nowych ubrań dla prawie pięciolatka stwierdzam, że należy
je uprać przed pierwszym noszeniem. Gabryś, któremu ta teoria,
że ubrania pachną fabryką nie jest obca, nie protestuje i wdychając
zapach swojej nowej bluzki mówi poważnie:
„No rzeczywiście, pachną Afryką…”
Jakie jest obecnie ulubiony owoc mojej małej trzylatki? WINDLONDLONA

(to zaraz po Fafaello ulubiony wyraz jej dziadka, o który może ja pytać dziesiątki razy, żeby tylko usłyszeć tę radosną wymowę)
Luiza:
Mamo, ja ciem to! -Co chcesz? -Piekarnika! Więc podałam jej tego piernika…